13 mar, 2009
Kryzys, opcje, dziennikarze i Pozew Zbiorowy
Zamieszczony przez: Alicja w: Kryzys finansowy
Rozmawiałam dziś z dyrektorem finansowym pewnej dość dużej firmy z branży spożywczej i doszliśmy do wspólnego wniosku, że kryzys - owszem jest - ale jego rzeczywista skala i „dolegliwości” były by dużo mniejsze gdyby nie media. Okazało się, że nie tylko ja mam uczycie, iż za komentowanie zdarzeń biorą się ludzie nie zawsze do tego przygotowani.Dziennikarze (oraz ci co się za nich uważają ) dzielą się na tych co się znają i na tych co się nie znają na dziedzinach, o których piszą. Ci pierwsi zbyt często piszą językiem bardzo fachowym i zrozumiałym głównie dla takich jak oni fachowców - przeciętny odbiorca zniechęca się po przeczytaniu wstępu - dalej już tylko ze słownikiem ekonomicznym wyrazów obcych (jest taki?). Ci drudzy „łapią” jakiś medialny temat i drążą go do upadłego - wypisując piramidalne bzdury. I to oni właśnie - chcąc wyrobić wymaganą przez szefów wierszówkę (czy jak to się tam nazywa) i zasilając przy okazji domowy budżet - wywołują wśród przeciętnych czytaczy - w zależności od tematu - nadmierny niepokój, czarnowidztwo lub wręcz odwrotnie - płonne nadzieje. Przychodzi mi tu do głowy niedawny cykl artykułów w GW poświeconych spreadowi (różnica między ceną zakupu i sprzedaży walut w bankach), gdzie autor, którego już cytowałam ale nie zamierzam robić mu reklamy wiec więcej cytować nie będę, bo na razie szczęśliwie zamilkł w tym temacie, napisał coś takiego: (cyt. z pamięci) - jak to możliwe, że banki sprzedają EURO po 4,65 podczas gdy średni kurs NBP dla EURO to 4,55 (to tylko przykładowe ceny!!!). Czy ten człowiek w ogóle wysilił się aby pomyśleć o czym pisze? Co ma piernik do wiatraka - rzec by można. No ale naiwny Lud podchwycił - ale zdzierają te banki tych zadłużonych biedaków! Ok., to niech idą do NBP kupić walutę po średnim kursie - i niech się na Pana Redaktora przy tym powołają!
Teraz na tapecie są opcje. Temat trudny i na szczęście ci co się na nim mało znają omijają go - mam wrażenie - szerokim łukiem (jednak jakieś resztki instynktu samozachowawczego i starch przed kompromitacją). Jednak i tu pojawił się punkt zaczepienia. Rząd przyjął bowiem projekt w sprawie tzw. Pozwu zbiorowego.
No i się zaczęło - pseudo dziennikarze już wieszczą, że z przepisu tego będą mogli korzystać przedsiębiorcy, którzy ponieśli starty z tyt. opcji. Znajomy prawnik, zajmujący się sprawami gospodarczymi (tak, tak - ma też klientów, którzy chcą walczyć z bankami w sądzie o opcje) - prawie się popłakał ze śmiechu na taką możliwość. Z przepisów tych będą owszem mogli korzystać zbiorowo konsumenci zatruci salmonellą zjedzoną wraz z kotletem z supermarketu albo (nie)szczęśliwcy (ja bym się cieszyła - w końcu to przygoda jest!), pozostawieni na pastwę tubylców na środku Sahary przez firmę turystyczną. Ale na pewno nie klienci instytucjonalni (czyli firmy) , którzy podpisali z bankami umowy o instrumenty pochodne. Nie twierdzę, że nie będzie ani jednej takiej sprawy - zawsze są jakieś wyjątki. Jednak w przypadku opcji nie ma dwóch takich samych umów, a jeśli nawet treść taka sama, to ich realizacja (wykorzystanie) jest inna w przypadku każdej firmy. Cóż jednak to obchodzi naszych pseudo dziennikarzy - jest temat, trzeba go doić. A biedni przedsiębiorcy nakręcają się możliwością wygranych w sądach milionów.
A może lepiej zamiast na prawników przeznaczyć pieniądze na solidne dokształcenie się z tematu opcje albo przynajmniej zatrudnienie doradcy z prawdziwego zdarzenia, który pomoże w przyszłości ocenić właściwe ryzyko transakcji. I nie dajmy się nakręcać dyletantom :).