Kredyty w kryzysie

Kredyty w kryzysie

Kto może zaciągać kredyt w kryzysie?
Odpowiedź jest prosta i taka sama jak w czasach gospodarczej koniunktury  – ten, kogo stać będzie na jego spłatę.
Są różne kredyty, udzielane na różnych zasadach, warunkach i mające różne cele – mieszkaniowe, hipoteczne, limity w kartach kredytowych, konsumpcyjne….
Wszystkie one mają tylko jedną cechę wspólną – trzeba je spłacić!

I to jest podstawowa sprawa, którą trzeba przeanalizować zaciągając kredyt – czy będzie mnie stać na jego spłatę?
Najlepszym przykładem jest tu USA – obecny kryzys został spowodowany między innymi przez fakt, iż społeczeństwo w tym kraju zaciągało kredyty na spłatę których nie było go stać. I nie przekonuje mnie twierdzenie, że to tylko Banki są winne, że zachęcały ludzi do brania kredytów – również w Polsce – hurra optymistycznymi reklamami, niskimi cenami, finansowaniem ponad 100% inwestycji mieszkaniowych. To tak, jak by mieć pretensję do teściowej, że zmusiła nas do ślubu ze swoją córką/synem. Może zachęcać 🙂 ale – cóż – jestem wyznawczynią zasady „widziały gały co brały”. To my musimy powiedzieć ostateczne TAK, to my sami mamy obowiązek przeanalizować czy stać nas będzie na spłatę kredytu, czy jesteśmy gotowi do pewnych wyrzeczeń (spłata kredytu zamiast wakacji? rezygnacja z samochodu?). Przepraszam, ale śmieszą mnie lamenty ludzi, zdziwionych, że wzrosły kursy walut, że Banki stosują inne kursy dla spłaty kredytu niż przy udzielaniu (eksploatowane ostatnio przez Pana Macieja Samcika, dziennikarza działu Gospodarka Gazety Wyborczej widełki, inaczej spread). Jeśli byli na tyle dorośli aby zaciągnąć zobowiązanie rzędu kilkuset tysięcy PLN to powinni być również na tyle dorośli i odpowiedzialni, aby przeczytać i przeanalizować umowę kredytową i jej konsekwencje w przypadku zmiany warunków na rynku. Jest oczywiste, że – biorąc kredyt na 20-30 lat – możemy się spodziewać w tak długim okresie wielu zmian na rynku – czasem na gorsze, czasem na lepsze. I musimy być na te zmiany przygotowani.
Zaciąganie kredytu w kryzysie niczym się nie różni od zaciągania kredytu w okresie bumu gospodarczego – trzeba mieć przekonanie graniczące z pewnością, że stać nas będzie na jego spłatę!!!

5 komentarzy do “Kredyty w kryzysie”

  1. Aga Says:

    Co racja to racja 🙂
    Dobrze napisane.

  2. Gabi Says:

    Witam.
    Pierwsze skojarzenie po przeczytaniu tekstu – pisała go „żelazna dama” . Wynika z niego, że wszystko jest takie jednoznaczne: brałeś kredyt – płać !… bez względu na wszystko !
    No cóż, jest to podejście bardzo krańcowe, nieuwzględniające faktu, że – zwłaszcza, gdy okres spłaty kredytu wynosi 20-30 lat – zdarzają się w tym czasie „nadzwyczajne zmiany warunków gospodarczych”. Nie jest to tylko czcza wymówka, ale fakt potwierdzony przez historię gospodarczą. Choćby dlatego powstało dla gospodarki rynkowej pojęcie cyklów koniunkturalnych. Raz gospodarka jest w rozkwicie – umacniają się przedsiębiorstwa, inwestują, zwiększają zatrudnienie i dochody pracowników, co z kolei przekłada się na wzrost zdolności płatniczej ludności, większe wydatki na zakupy (najpierw te z koszyka artykułów konsumpcyjnych-lepsza żywność, samochód, wycieczki zagraniczne itp, potem dóbr trwałego użytku), na realizację planów mieszkaniowych i zaciąganie kredytów.
    Reasumując ten etap cyklu – rośnie stopa życiowa ludności przy rosnących dochodach, które są uzyskiwane z lepszych wynagrodzeń w okresie dobrej koniunktury gospodarczej lub pochodzą z kredytów zaciąganych na fali wysokiego w okresie prosperity tzw. wskaźnika optymizmu konsumenckiego. Zauważmy, że realizacja zasadniczej części tych potrzeb /np. zakup mieszkania/ wymaga zaciągnięcia wysokich kredytów, co wiąże się z przyjęciem na siebie wysokich zobowiązań finansowych na długie lata. Takie zachowanie konsumenta nie jest czymś wyjątkowym. W tym samym czasie banki zbierają swoje żniwo rekordowych wolumenów kredytów hipotecznych, prześcigając się w uatrakcyjnianiu swoich ofert /kredyty hipoteczne już nie tylko na 80%, czy 100% wartości nieruchomości, ale nawet na 120%, okres spłaty nawet do 40-50 lat, a 80% udzielanych jest w CHF – czy ma to cokolwiek wspólnego z rozsądkiem? co robi w tym czasie nadzór finansowy? – czyż nie chodzi tylko i wyłącznie o to, żeby jak najwięcej ludzi związać z bankami praktycznie na całe życie?/, a deweloperzy sprzedają przy rosnących cenach już nie tylko wybudowane mieszkania, ale te których budowa była na etapie przysłowiowej „dziury w ziemi” albo nawet tylko planów. Rządzący i analitycy gospodarczy wieścili jak to dochód narodowy będzie wzrastał z roku na rok, kiedy to zbliżymy się w poziomie rozwoju gospodarczego do zamykających peleton krajów dawnej Unii Europejskich, kiedy je wyprzedzimy, i kiedy zbliżymy się do tych średnich, potem je …, i potem … itd. itd
    No cóż, każda górka kiedyś się kończy a potem zaczyna się stromizna spadku… I zaczęło się ! … mimo buńczucznych wypowiedzi Ważnych Osób Życia Politycznego i Gospodarczego /premier, prezes NBP, minister gospodarki, minister finansów i inni/ o tym jak silne są fundamenty naszej gospodarki, jak to możemy by wyspą spokoju na rozszalałym sztormem morzu… itp. Niestety moc sprawcza tych wszystkich proroctw okazała się zerowa – i wtedy okazało się, że jesteśmy ofiarą zmowy, globalizacji, spekulacji, wrogiej ucieczki kapitału, ataku na złotego, na GPW, itd. itd.

    Jakie ma to przełożenie na konsumenta, który jeszcze rok temu w najlepszej wierze wziął kredyt przy tak dobrej sytuacji i perspektywach ? Zaczyna się zjazd cyklu koniunktury – recesja. Ograniczanie produkcji, zwalnianie pracowników, upadłość firm, lawinowy wzrost bezrobocia. Co z tego wynika dla kredytobiorcy z zobowiązaniem do spłaty kredytu przez 30 lat /tym bardziej jeśli był to kredyt w CHF – a w ciągu pół roku jego kurs w odniesieniu do zł wzrósł o ponad 50% /?

    Czy w tym momencie z czystym sumieniem możemy mu powiedzieć za wyznawcami zasady „widziały gały co brały” ? Według mnie to nic innego jak przerzucanie całej odpowiedzialności za krach gospodarczy na kredytobiorcę. Oczywiście tak się w praktyce dzieje, bo z formalnego punktu widzenia, gdy kredytobiorca trwale nie spłaca zobowiązań – bank nie wnika w przyczyny tego faktu /nie interesuje go, że kredytobiorca stracił pracę, bo zlikwidowano jego zakład, i nie może nigdzie jej zdobyć na skutek wysokiego wzrostu bezrobocia/ – po prostu uruchamia procedury egzekucyjne, a więc komornik, licytacja nieruchomości, często sprzedaż za niewspółmiernie niską cenę /bo w okresie recesji podaż wysoka a chętnych na zakup niewielu/ itd.
    Niestety historia zna przebieg takich wydarzeń – choćby czasy Wielkiego Kryzysu, które doprowadziły do przeolbrzymich napięć społecznych, w Europie była to pożywka rozwoju wszelkich nacjonalizmów i faszyzmu, w USA banki pozbawiły ziemi setki tysięcy farmerów, z milionów uczyniono ludzi bezdomnych, tułających się po kraju w poszukiwaniu szans przeżycia. Koszty społeczne – szalone.

    Nie neguję potrzeby zachowania roztropności przy zaciąganiu kredytów i solidnego wywiązywania się z zobowiązań. Opisując powyższe, pragnę jedynie zwrócić uwagę, że nie zawsze brak możliwości obsługi zadłużenia wynika wyłącznie z subiektywnych czynników, leżących po stronie kredytobiorcy. Żyjąc w świecie, w którym funkcjonują określone realia gospodarcze nie jesteśmy w stanie być ponad nimi.
    Pozdrawiam serdecznie
    Gabi

  3. alicja Says:

    Gabi, odwaliłeś kawał dobrej roboty! Niezły tekścik! Może konkurencyjny blog założysz? Oj już się boi „żelazna dama” :). Co do sedna sprawy – myślę, że sam użyłeś argumentu potwierdzającego słuszność mojej opinii pisząc cyt.: No cóż, jest to podejście bardzo krańcowe, nieuwzględniające faktu, że – zwłaszcza, gdy okres spłaty kredytu wynosi 20-30 lat – zdarzają się w tym czasie „nadzwyczajne zmiany warunków gospodarczych”.. Właśnie chodzi o to, że biorąc kredyt na 20-30 lat należy się spodziewać zmian warunków bo jest to (jak piszesz dalej) n o r m a l n a kolej rzeczy, że koniunktura na rynku się zmienia. Właśnie o tym należy pamiętać i być przygotowanym na taką ewentualność. Albo ponieść konsekwencje. Bo silni (banki) sobie poradzą- choćby dzięki miliardom pomocy rządowej jak w USA – finansowanym nomen omen z podatków tych słabych. A wiedzieć o tym, że konsekwencje ponoszą zawsze najsłabsi …. bezcenne…

  4. Gabi Says:

    Ależ Alicjo, pod żadnym pozorem nie mam zamiaru tworzyć konkurencyjnego blogu! 🙂 Z przyjemnością zaglądam do Twojego i ewentualnie dzielę się swoimi spostrzeżeniami czy uwagami.
    Komentując Twój artykuł, chciałem po prostu wyrazić swój zdecydowanie przeciwstawny pogląd do prezentowanego przez Ciebie liberalizmu ekonomicznego. Przecież w praktyce, po tych wszystkich próbach ustawienia gospodarki według zasady, w której niewidzialna ręka rynku ma doprowadzić do wspaniałego wyregulowania gospodarki – gdy doprowadza to do kolejnego już krachu na skalę światową, następuje chwytanie się coraz to bardziej wyrazistych metod interwencjonizmu państwowego. I znów, tak jak sama zauważyłaś, wysokie koszty społeczne tej utopii będą musieli ponieść zwykli ludzie – poprzez kolejne lata „zaciskania pasa”. W tym właśnie kontekście pisałem o braku możliwości podźwignięcia właśnie przez zwykłych obywateli, wszystkich ciężarów załamania gospodarczego – bo jak to robić przy spadku dochodów, utracie pracy z powodu likwidacji miejsc pracy, itp. itd.?… stąd te trudności w spłacie kredytów, które były brane w najlepszej wierze w okresie koniunktury – a wręcz, które były jednym z ważnych jej czynników, bo dawały zarobić bankom, deweloperom, producentom towarów, Państwu /w postaci płaconych podatków/itd. Jedynym realnym zabezpieczeniem przed wpadnięcie w niebezpieczeństwo dotkliwego ponoszenia kosztów kryzysu gospodarczego, byłoby ograniczenie swojej konsumpcji nawet w okresie prosperity do wysokości bieżących dochodów – ale czy to w dzisiejszej gospodarce jest realne, i czy gospodarce rynkowej chodzi o takiego konsumenta ?!
    Pozdrawiam 🙂

  5. alicja Says:

    Gabryś, zastanów się jednak co było impulsem do obecnego kryzysu! Pierwszą i podstawową przyczyną był właśnie państwowy interwencjonizm w – tylko teoretycznie – jak się okazuje – wspaniałą „rynkową w 100%” gospodarkę USA. Zarzewiem kryzysu były dopłaty rządu USA do kredytów hipotecznych! Gdyby tą sferę pozostawić bankom, a więc rynkowi, balon nigdy by się tak nie nadmuchał – i nie pękł. To nie rynek spowodował kryzys, a wręcz odwrotnie – państwowa interwencja zakłócająca rynkową równowagę. A to co się dzieje teraz – to pompowanie kasy w upadające banki i przemysł – odbije nam się jak sądzę wielką czkawka w postaci megainflacji. Bo takie są reguły rynku – pieniądz bez pokrycia w działalności gospodarczej /podaży dóbr wszelkich/ musi spowodować inflację. Czas kupować złoto!!!

Dodaj odpowiedź